niedziela, 8 lutego 2015

Zapraszam na nowy adres!!! :)

Uwaga!

Przenoszę swojego bloga na ten adres:

 
Zapraszam wszystkich zainteresowanych!!!

Dziękuję za tyle lat wspólnego blogowania. :) Teraz zaczynam od nowa, ponieważ nie umiem już reaktywować Evviva l'arte. Na nowym blogu także znajdziecie biżuterię, rękodzieło i czego dusza zapragnie! Będę się do Was odzywać nadal jako Cynamonka. :)



Pozdrawiam serdecznie!!!
- Katka

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Trochę słodkości i drzewidło :)

Witajcie!
Uwielbiam takie „wczesno-jesienne” klimaty, jak teraz mamy za oknem. Jest pięknie, słonecznie, ale już jakoś tak czuć w powietrzu melancholijną nutkę jesieni. A ja nawet trochę się stęskniłam za ciepłym sweterkiem i kubkiem aromatycznej herbaty… :) Wiem, wiem, na pewno za jakiś czas będę mówić inaczej… :) Tym czasem cieszę się z tego, co po prostu jest.

Na pożegnanie lata stworzyłam kilka kompletów biżuterii, które jeszcze przywodzą na myśl wakacje. Kolczyki to zwykłe wkręty w pastelowych kolorach, ale bardziej liczy się oprawa. Samodzielnie wykonałam tekturki, w które powbijałam kolczyki i przyozdobiłam je słodkimi kokardkami.


Myślę, że mogą posłużyć jako drobne upominki, bo całość miała prezentować się dość „słodko”. Ale najbardziej podobają mi się metki, które również wykonałam własnoręcznie. Jest na nich adres mojej strony na facebooku.







Całość pewnie nie wygląda na profesjonalnie wykonaną, ale właśnie to podoba mi się najbardziej. Czasem coś wycięło mi się trochę krzywo, a gdzieniegdzie jeden kolczyk z pary może nie znajdować się idealnie na wysokości drugiego.
Ale w końcu to rękodzieło. :)


A na koniec… drzewidło. :D Jakiś czas temu przywiozłam z wakacyjnego wyjazdu nietypowego kaktusa. Nietypowego, ponieważ nie ma on żadnych igiełek. Wygląda jak zwykły kwiatek. Bardzo dzielnie zniósł czterysta km podróży. Czyli przeżyje i u mnie… :D
Ja kompletnie nie znam się na roślinach, a jestem tak bystra, że zapomniałam zapytać w palmiarni, jak dokładnie nazywa się ten gatunek. W Internecie przeczytałam, że podobne odmiany kaktusów to drzewidła. Są to jedne z najstarszych rozwojowo kaktusowatych. Szukałam wśród tych drzewideł mojego dzielnego kaktuska, ale niestety żaden nie miał podobnych liści. Tak w ogóle, to plamki na liściach powstały właśnie w podróży. Mam nadzieję, że znikną z czasem.
Widziałam, że mojego bloga odwiedzały osoby, które profesjonalnie zajmują się roślinami, więc głównie do nich kieruję pytanie – czy wiecie, co to za gatunek kaktusa? :) Będę bardzo wdzięczna za odpowiedź.



Poza tym nazwa „drzewidło” niesamowicie mnie zainspirowała. Kojarzy mi się z Drzewcami czy Entami z Władcy Pierścieni . Aż mam ochotę napisać jakieś opowiadanie fantasy. :)

Pozdrawiam Wszystkich serdecznie na koniec tego przydługiego posta. Dzięki za wszystkie odwiedzinki! :)



niedziela, 17 sierpnia 2014

Bo we mnie jest... dzikus!

Witajcie!

Dziś będzie trochę do poczytania, więc, jeśli masz chwilę to zapraszam! :)

Wpis ten można zatytułować Z podróży busowo-radiowych... Ostatnio sporo podróżuję, szczególnie po wschodnich terenach Polski. Często zdarza się coś, co wprawia mnie w zachwyt, osłupienie, zdziwienie, zażenowanie - różnie bywa. Tym razem przejażdżka zatłoczonym busem wprawiła mnie w nastrój refleksyjny... 

Jestem osobą, która trochę żyje w medialnej dziczy, nie ogląda TV, nie słucha komercyjnych stacji radiowych (poza kilkoma ulubionymi, sporadycznie), przeżywa więc szok wsiadając do środka komunikacji publicznej i słysząc cuda w którejś z popularnych stacji. Może to dziwne, ale takie osoby naprawdę istnieją.

I co słyszy taki społeczny dzikus?

Bardzo barwne pasmo reklam przeplatanych z rzadka piosenką bądź jakąś pasjonującą ciekawostką. Dlatego dzikus nie zapamiętuje tytułów piosenek, ani ich genialnie oryginalnych melodii, tylko treść owych organizujących audycję reklam.

A w nich? Remedium na każdą naszą bolączkę do kupienia w aptece. Od problemów wychłodzonych stóp i dłoni, przez niedobór witamin, stany depresyjne (w reklamie bardzo eufemistycznie nazwane "brakiem motywacji i energii"), nadwagę, wypadanie włosów, po problemy z... ee... gotowością twojej "armatki" do podboju twierdzy. Swoją drogą, czy wiesz, że twoje dłonie mogą wyglądać młodziej, niż Ty?

A najcudowniejszym pomysłem, który usłyszałam była propozycja, by te niesamowite suplementy diety kupować najbliższym w prezencie! Mam nadzieję, że moi bliscy słuchają popularnych stacji radiowych, bo zawsze marzyłam, by z okazji urodzin dostać maść na pajączki albo tabletki przyspieszające chudnięcie!

I naprawdę recepta na szczęście to tak niewiele! Wystarczy zażyć wszystkie te preparaty, a nasze problemy momentalnie znikną! 
Hmmm... A my razem z nimi...

I jakoś tak od razu przyszły mi do głowy słowa W. Szymborskiej…

Prospekt

Jestem pastylka na uspokojenie.
Działam w mieszkaniu,
skutkuję w urzędzie,
siadam do egzaminów,
staję na rozprawie,
starannie sklejam rozbite garnuszki –
tylko mnie zażyj,
rozpuść pod językiem,
tylko mnie połknij,
tylko popij wodą.

Wiem, co robić z nieszczęściem,
jak znieść złą nowinę,
zmniejszyć niesprawiedliwość,
rozjaśnić brak Boga,
dobrać do twarzy kapelusz żałobny.
Na co czekasz –
zaufaj chemicznej litości.

Jesteś jeszcze młody (młoda),
powinieneś (powinnaś) urządzić się jakoś.
Kto powiedział, 
że życie ma być odważnie przeżyte?

Oddaj mi swoją przepaść – 
wymoszczę ją snem,
będziesz mi wdzięczny (wdzięczna)
za cztery łapy spadania.

Sprzedaj mi swoją duszę.
Inny się kupiec nie trafi.

Innego diabła już nie ma.

z tomu Wszelki wypadek, 1972


Jakie niemodne jest docieranie do celu "na piechotę"... Na egzamin zdobywamy sobie skrypt, chudniemy dzięki tabletkom, a nie zdrowemu trybowi życia, jedzenie kupujemy gotowe, zamiast coś przyrządzić, książkę ściągamy z chomika zamiast pójść do biblioteki/księgarni... I jak ma się w tej rzeczywistości odnaleźć taki sobie zwykły dzikus?




Miałam ochotę jakoś tak się "wypisać"... :) No i żeby było jasne, nie mam nic przeciwko suplementom diety, czy lekom przeciwbólowym, oraz różnym środkom służącym ułatwieniu życia człowiekowi. To tylko taka refleksja. :) Pozdrawiam wszystkich dzikusów i nie-dzikusów! :)

czwartek, 14 sierpnia 2014

Stare-nowe lustro


Zapytacie, co to za cuda na samym początku posta. Zaraz wszystko wyjaśnię. :)

Tak sobie myślę, że kiedyś wstawiałam tu swoje prace. Teraz blog zamienił się w moją muzyczną listę i wcale nie jestem z tego zadowolona.
Dlatego dziś zupełnie z innej beczki. :)

Dostałam od Babci lustro, które nikomu nie było potrzebne (fajny prezent! :D ). Pomyślałam, że jak mają je wyrzucić, to zaszaleję sobie na nim. Było w strasznym stanie, nawet nie będę wstawiać zdjęć sprzed malowania, bo... to grozi chorobą oczu, żołądka, czy co tam kto ma. Wszystko by zachorowało!

Papier ścierny poszedł w ruch... Przetarłam porządnie ramę. Sama szyba też jest dość zniszczona, ale z tym nie umiałam nic zrobić. Więc trudno. ;) Następnie szorowanie. Później najprzyjemniejsze - malowanie. Zaszalałam ze złotem! A co! Potem (co już chyba nie było najlepszym pomysłem, ale stało się) pomyślałam, że trzeba to moje lustro jakoś rozweselić, więc... teraz całe się mieni i błyszczy, bo ponaklejałam na ramę niebieskie (ultramaryna?) koraliki. Wyszło dyskotekowo... No cóż, może sytuacja lekko wymknęła mi się spod kontroli, ale ostatecznie chyba jestem zadowolona. Jak mnie będzie denerwować, to najwyżej je wyrzucę. Chociaż trochę szkoda, lustro ma około stu lat, ale raczej niewielką wartość, ani estetyczną ani zabytkową.

Przed malowaniem rama miała ciemnobrązowy kolor, więc musiałam nałożyć sporo warstw. Stary kolor nadal lekko przebija w niektórych miejscach, ale bardzo podoba mi się ten efekt. :) Malowałam je również niezbyt dokładnie, żeby pozostawić "wrażenie starości".

Nie sądzicie, że ta dyskoteka to jakby lata dziewięćdziesiąte? Może skombinuję do tego jakiś kolaż w tym klimacie i wtedy dopiero będzie szaleństwo! :D A może coś bardziej vintage? Jak myślicie? Będę Was na bieżąco informować.

No, a teraz w końcu zdjęcia, bo bardzo się dziś rozpisałam! :)






piątek, 25 lipca 2014

W świat

Podatki, nakazy, zakazy, zobowiązania, pieniądze, banki, baseny, mercedesy, hotele, wille, savoir-vivre, władza, normy społeczne...
W świat, w świat, w świat, w świat, w świat.


No phones, no pool, no pets... 


sobota, 12 lipca 2014

Soczysty lipiec

Bardzo inspirują mnie roziskrzone letnie kolory. Nie mam profesjonalnego sprzętu, którym mogłabym je uchwycić na zdjęciach, ale postaram się przynajmniej troszkę je tutaj pokazać.
Dziś kolejny dzień prac w ogrodzie. :) Takie leniwe, letnie zajęcie w przerwie od zwykłej pracy. :) Próbuję naoglądać się na zapas, nawąchać się na zapas i naprzeżywać na zapas. :)







I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie zeżarły mnie komary! :)

wtorek, 8 lipca 2014

sobota, 21 czerwca 2014

Lato w pełni

Zachmurzone to przesilenie w tym roku. Trzeba je było trochę umalować słońcem. :) Tym bardziej, że wokół szare bloki i bure chmury... Bransoletka kojarzy mi się z wilgotnym lasem i pachnącą, nagrzaną ziemią. Oj, chętnie wybrałabym się na samotny spacer do lasu... 
Mam nadzieję, że ostatkiem sił dobrnę do wakacji... A Wy? Macie już plany, jak je spędzicie? Pozdrawiam!







piątek, 20 czerwca 2014

Wracam i zostaję

Halo, halo! Czy ktoś tu jeszcze zagląda? Wiem, wiem... Ostatni post opublikowałam nieco ponad dwa lata temu.
Nie mogłam dostać się na bloga przez jakiś czas, a kiedy w końcu mi się to udało, widzę, że ciągle mam wyświetlenia. :) Niezmiernie mnie to ucieszyło i napełniło zapałem. Może by tak wrócić do blogowania? Jesteście zainteresowani? Mam mnóstwo pomysłów i chętnie się z Wami nimi podzielę! :)
Od 2012 r. zmieniło się bardzo wiele - co pewnie nikogo nie dziwi. Blog na pewno będzie trochę poważniejszy, pewnie mniej już we mnie dzieciaka - ale za to więcej stabilności i równowagi. :)
Zapraszam do zaglądania. :)

Zastanawiam się, czy dziś taki blog jak mój, czyli zrównoważony i nie nastawiony na show, zyski itp. ma szansę przetrwać w internetowym gąszczu? Nie ma tu żadnych poradników makijażowych, przepisów na sałatki fit, ani kontrowersyjnych treści. Interesuje jeszcze kogoś zwyczajna osoba i jej zwyczajna "twórczość"? Nie wiem jak wy, ale ja odczuwam ostatnio bardzo duży nacisk z zewnątrz. Żeby coś osiągnąć, musisz być przebojowy, uśmiechnięty, odważny i gadatliwy. Jeśli brakuje Ci czegoś - nie masz szans... 

Ach! Miało nie być na dzień dobry tak pesymistycznie... Wybaczcie! :)

Mam dla Was dziś dwie rzeczy.
Pierwsza to coś, czym ciągle się zajmuję i nie zamierzam przestawać - biżuteria. Wydaje mi się, że rozwinęłam się w tej dziedzinie. Mam oddzielnego, niezależnego bloga z moją biżuterią, więc nie wiem, czy jest sens wrzucać ją także i tu. Jeśli kogoś to zainteresuje - wstawię link. A tym czasem pokażę Wam małą próbkę:




Ta bransoletka to mój ostatni projekt. Teraz mam egzaminy i trochę mniej czasu na takie przyjemności.


Druga rzecz to piosenka, która zawróciła mi w głowie. :) Cała płyta Ultraviolence jest hipnotyzująca i mroczna. Bardzo mnie inspiruje. 

Pozdrawiam!

wtorek, 10 stycznia 2012

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Rozbieżni

Wczoraj
Czuć, jak w powietrzu
rozmazuje się twój oddech,
jak słodkawe, błękitne dłonie
pulsująco-szepczące uśmiechają się
do mojego biodra.

niebo-niebieskie-nieboskie


Dziś
Dlaczego właśnie wczorajszy świt
zachował nas przy życiu?
Może nie powinnam pytać o twój zapach.
Może nas tu wcale nie ma.
Jeśli czujesz się prawdziwym,
powiedz mi, jak to jest
smarować sobą moje myśli?

Nieosiągalność jaźni to wieczność,
która nas dzieli w połysku
dzisiejszego zachodu księżyca.
Władasz ciałem,
ale te twoje niedojrzałe oczy…
A ja swoich nie potrafię zamknąć.


Dziś wieczorem
Płaczę, że już nic nie czuję.
Żegnam ciebie-kształt
Zamiast walczyć lub potrzebować
całująco-niestabilnych dłoni.
Jesteś zmieszany błąkającym się
po mojej twarzy uśmiechem?


Jutro
Ocalę się ciszą.





Przynajmniej znów mogę pisać... :)

czwartek, 3 listopada 2011

Wiosenna jesień :))

(Nie)stety mój stan, który nazywam głupawką, nie pozwala mi nic stworzyć, dlatego dziś tylko piosenka.
Żyję, ale chyba w innym wymiarze. :)


"Wszyscy się śmieją z tego, że ja nie mogę jeść, nie mogę spać." :)))

Pozdrawiam! :D

środa, 28 września 2011

Pewnego wieczoru na stancji...

...Carmen czuje potrzebę uzewnętrznienia się na blogu. Siada sobie więc wygodnie przy lampce (noga na nogę, bo choć Carmen wie, że to sprzyja powstawaniu żylaków, to mimo wszelkich starań nie może oduczyć się tego niezdrowego nawyku) i rozpoczyna pisanie posta. Stara się nie pokazywać swojej rezygnacji i zmęczenia, ale pokusa jest zbyt silna. Raz się można poużalać...

Carmen chętnie powie, co robi... (To jest ta chwila, by przenieść się na innego bloga, bo dalej ten post jest jeszcze bardziej nieciekawy, żeby nie było, że ktoś nie wiedział)

Po pierwsze: Carmen przygląda się temu pięknemu zapisowi :

z trudną do określenia miną i zastanawia się na ile realnie brzmi stwierdzenie "Zdam maturę z matematyki."

Oprócz tego czyta sobie książkę pt. "Granica" i choć lubi czytać, to nie lubi, gdy noc trwa 290 stron.

Na chwilę odwraca wzrok. A tam? Na analizę i interpretację czekają "Miasto" i "Ulica" Peipera. Z obrażonymi minami, nadąsane, że Carmen spogląda już w inną stronę, przypominają, że dłużej niż do godz. 8.50 dnia następnego czekać nie będą.

Carmen zgrzyta zębami. Lubi sobie czasami pozgrzytać. No co? Nie mówcie, że Wy nie lubicie...

Kilka tematów z historii z dostojnymi minami w milczeniu czeka na swój czas. Jeden z nich (ten z politycznych, więc wiadomo, dlaczego brak mu cierpliwości) wyrywa się i nieśmiało pyta: "Kiedy mnie w końcu powtórzysz? Kartkówka jest jutro." Carmen zbywa go milczeniem.

Atmosfera upojnego wieczoru okraszona jest nutką orzeźwiającego leku na przeziębienie firmy o nazwie na literkę F. (coby nie robić reklamy).
Jaka cudna i długa będzie dzisiejsza noc...

Miłego wieczoru! :)

czwartek, 15 września 2011

Histeria naszej nieznajomości

Odkąd pewnego wieczoru
złączyliśmy historie w jedno,
wciąż zataczamy trójkąty.
To zastanawiające
że bezwiednie
odbijamy się od trzech boków
i ciągle chorujemy na niepamięć.

Nie pachniesz i od zawsze
czaisz się w zakamarkach,
kiedy nietzschego się nie spodziewam.

Jak ja, wyglądasz na wspak.
Jak ty, czuję się niewidoczna.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Jak smuga szarego dymu cz. II


Człowiekowi miłość przychodzi łatwo, kiedy kochana osoba jest blisko, gdy przy uchu czuć jej ciepły oddech, a w nim tysiące niewypowiedzianych słów, których nie trzeba wypowiadać. Takie słowa unoszą się w powietrzu, którym dzielą się zakochani. Takie słowa są zapisane na niewidzialnych kartkach i spoczywają gdzieś przy sercu nie do końca wyrażone, nie całkiem poskładane, ale ciepłe i rubinowe, jak kieliszek grzanego wina z goździkami.
Moje serce wychłodziło się razem z deszczowym spacerem, na który mnie skazałeś. Byłeś daleko i czułam jak wino twoich ust wyparowuje z tego nieuchwytnego miejsca zawieszonego gdzieś w mojej piersi. Wracałam powoli tym samym gościńcem, który jeszcze dzisiaj był świadkiem naszych niemych przyrzeczeń. Dopiero teraz dostrzegłam jego smutek, a może wszystko wydawało mi się smutne i nawet jeśli świat tryskałby radością, ja widziałabym w nim melancholię, taką samą, jaka mnie wypełniała. Coraz trudniejsze wydawało się myślenie o tobie w sposób, w jaki robiłam to do tej pory. Czystość i przejrzystość twojej osoby ustępowała miejsca jakiejś mgle, która gęstniała z każda chwilą, aż w końcu zupełnie zniknąłeś, a ja nie mogłam przypomnieć sobie twojej twarzy. A przecież znałam ją na pamięć.
Właśnie wtedy zaczęłam trzeźwieć po tych wszystkich miesiącach upojenia winem twoich oczu.

*

            Wszystkie stracone dni, podczas których nie widziałam węgielków twoich oczu mijały ospale, upodabniając się do siebie. Wymieniałam bukiety białego bzu. Raz umieszczałam je na stole w kuchni, innym razem przy łóżku. Kiedy stawiałam na rzeźbionym stoliku czwarty wazon, poczułam coś dziwnego, nowego, jak nieznany dotąd zapach. Policzyłam na palcach dni i bez sił opadłam na łóżko.


*

Zobaczyłam cię dopiero kilka dni później. Wyglądałeś jak cień swojej osoby, ale wydawałeś się przez to jeszcze piękniejszy. Lekko poszarzała skóra wyraźnie odróżniała się od czarnych, jak zachmurzone nocne niebo, loków.
Bliska szaleństwa odwróciłam od ciebie wzrok.
– Dziś rano odeszła pani Klementyna – oznajmiłeś to najsmutniejszym tonem, jaki słyszałam.
A więc jej sen dobiegł końca. Wybudziła się z naszej rzeczywistości, podczas gdy my będziemy w niej spać chyba w nieskończoność.
Myśli wirowały w mojej głowie jak płatki śniegu na mroźnym wietrze. Ale nie wyrzekłam ani słowa, tylko lekko pogłaskałam cię po ramieniu. Już po chwili gorzko tego pożałowałam – działałeś jak magnes. Chciałam powiedzieć ci o tym, co zauważyłam, o iskierce, którą we mnie wznieciłeś, ale zgasiły mnie twoje ciche słowa.
– Pogrzeb jest jutro.
Ruszyłeś do drzwi. Zebrałam resztki sił, które chyba przez jakąś pomyłkę jeszcze we mnie trwały, by za tobą nie pobiec. W milczeniu obserwowałam twoje zaciśnięte pięści i próbowałam odgadnąć, co się z nami stało.


*

Po cichym, romantycznie smutnym pogrzebie wyglądałeś na jeszcze słabszego, niż przedtem. Najbardziej nie do twarzy było ci z niestosownie uśmiechniętą Klarą u boku. Zasiedliście przy stole naprzeciwko mnie, a ja szukałam w całej tej sytuacji chociaż odrobiny prawdopodobności, jakiegoś sensu. Ale wszystko było tak nierzeczywiste…
Goście ciągle mieli łzy w oczach, mimo że zwykle na stypach chmurne czoła chociaż trochę pogodnieją. W powietrzu wisiał zapach perfum pani Klementyny, co przyprawiało mnie o mdłości.
Przyjrzałam się wam bardziej ze smutną ciekawością, niż ze złością. Bylibyście dziwną parą, a może już nią byliście? Twoje oczy, chociaż tajemnicze, zawsze rozdawały dobro. Zaś spojrzenie Klary wydawało się dzikie, zaborcze, jakby nie znała smaku przegranej. Cała przypominała nieoswojoną kotkę ubraną w lekko za dużą, elegancką sukienkę.
Nagle zwróciłeś się do mnie z wyrazem twarzy, który miał chyba przypominać uśmiech. Wyszliśmy do pokoju obok. Tutaj pachniało bzem.
– Pięknie wyglądasz, Michalinko.
Miałam ochotę wybuchnąć płaczem. Nikt nie lubi być torturowany, a ja czułam, jakby twoje słowa były kołem, na którym mnie rozciągano. Kości rozchodzących się nerwów zaczynały trzaskać, zagłuszając wszystkie myśli.
– Dziękuję. – Tylko tyle potrafiłam z siebie wydusić.
– Wiem, że nasze relacje zmieniły się w ostatnim czasie. Chyba pora o tym porozmawiać i zdecydować, co dalej. – Popatrzyłeś mi w oczy.
– Wiktorze…
– Nic nie mów. Pozwól, że wszystko wytłumaczę.
– Ale ja jestem…
– Zaczekaj, proszę. – Położyłeś mi palec na ustach. Zupełnie tak samo, jak zrobiłam to ja tamtej nieszczęsnej nocy, gdy poznałeś Klarę.
W tym samym momencie drzwi otworzyły się z hukiem i do pokoju wpadła właśnie Klara. Jej oczy iskrzyły się jeszcze bardziej niż zwykle, nie sądziłam nawet, że to możliwe. Na twarzy miała wymalowane uczucia, których nie sposób nazwać. Furia - może to byłoby najbardziej odpowiednie określenie.
– To nie miało być tak, Wiktor! – słowa padały z jej wąskich ust jak ciężkie głazy.
– Uspokój się.
– To koniec, słyszysz? Ze mną nie można tak grać. Dziś jest twój koniec.
W ciągu ułamka sekundy znalazła się między nami. Coś błysnęło w jej dłoni. W jednej chwili zatopiła nóż w twoim ciele, w ciele ojca mojego dziecka. Nie zdążyłeś nawet krzyknąć, tylko osuwałeś się z wolna na podłogę, a twoje oczy zachodziły mgłą. Wyszarpnęła ostrze i oblizała je z wyrazem dzikiego szału. Wyglądała, jakby jej świadomość odpływała w otchłań jakiejś chorej rozkoszy pomieszanej z niezmiernym cierpieniem.
Miałam w głowie wszystkie najcięższe przekleństwa, jakie znałam. Rzucałam je w chaosie moich myśli, jako że usta odmówiły posłuszeństwa. Poczułam, że duszę się jak ryba wyjęta z wody. Delikatny ruch dobiegający gdzieś spod serca przywrócił mi zmysły.
Pochyliłam się nad tobą i odgarnęłam włosy z ukochanego czoła. Dramatyczna sytuacja nie docierała do mojej w dalszym ciągu otępiałej świadomości. Całowałam twoje na wpół już martwe policzki. Kiedy wydawałeś ostatnie tchnienie, poczułam, że odlatuję z twoją duszą w jakieś zimne przestrzenie bólu. Moja obecność rozpływała się w powietrzu, jak smuga szarego dymu. Nie zdziwiłabym się, gdyby w tej chwili moje ciało zaczęło unosić się w powietrzu, albo przenikać przez ściany. Całe człowieczeństwo wydostawało się ze mnie przez szczeliny popękanego serca.
Wstałam.
– Jestem w ciąży – szepnęłam bez zastanowienia wprost w potworne oczy Klary.
– To świetnie.
– Dlaczego mnie nie zabijesz? Byłabyś już w pełni szczęśliwa.
– Wystarczy mi słodki smak szczęścia, które ci odebrałam – odparła po raz kolejny zbliżając do ust zakrwawiony nóż – naprawdę słodki.
Zdecydowanym ruchem odrzuciła na plecy swój ciężki warkocz i przyjęła zupełnie codzienny wyraz twarzy. Gdybym nie widziała, jak z zimną krwią zabija człowieka, przysięgłabym, że jeszcze przed momentem prowadziła jakąś uprzejmą rozmowę, albo piłowała paznokcie. Z obojętną miną upuściła prawie już czysty nóż.
– Widzisz, mała – westchnęła – ja już cię zabiłam. Twój sen dobiegł końca.
Czekała na odpowiedź, ale nie odrzekłam ani słowa, stałam przed nią jak skamieniała. Po chwili dodała z cierpkim uśmiechem:
– Tak jak ja, zaznasz życia pozbawionego wszelkiej nadziei.
Odwróciła się na pięcie i wyszła, a ja pochyliłam się nad rozkosznie błyszczącym ostrzem, po czym ruszyłam za nią.
W powietrzu unosił się słodki zapach bzu o śnieżnobiałych kwiatach.
I czarnych owocach.



____________________________________________________________
Tak w ogóle, to od dziś jestem dorosłaaaa! :))) Przynajmniej wg prawa... ;)
Pozdrawiam i mam nadzieję, że opowiadanie nie wyszło mi rażąco przewidywalne. :)