Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Jak smuga szarego dymu cz. II


Człowiekowi miłość przychodzi łatwo, kiedy kochana osoba jest blisko, gdy przy uchu czuć jej ciepły oddech, a w nim tysiące niewypowiedzianych słów, których nie trzeba wypowiadać. Takie słowa unoszą się w powietrzu, którym dzielą się zakochani. Takie słowa są zapisane na niewidzialnych kartkach i spoczywają gdzieś przy sercu nie do końca wyrażone, nie całkiem poskładane, ale ciepłe i rubinowe, jak kieliszek grzanego wina z goździkami.
Moje serce wychłodziło się razem z deszczowym spacerem, na który mnie skazałeś. Byłeś daleko i czułam jak wino twoich ust wyparowuje z tego nieuchwytnego miejsca zawieszonego gdzieś w mojej piersi. Wracałam powoli tym samym gościńcem, który jeszcze dzisiaj był świadkiem naszych niemych przyrzeczeń. Dopiero teraz dostrzegłam jego smutek, a może wszystko wydawało mi się smutne i nawet jeśli świat tryskałby radością, ja widziałabym w nim melancholię, taką samą, jaka mnie wypełniała. Coraz trudniejsze wydawało się myślenie o tobie w sposób, w jaki robiłam to do tej pory. Czystość i przejrzystość twojej osoby ustępowała miejsca jakiejś mgle, która gęstniała z każda chwilą, aż w końcu zupełnie zniknąłeś, a ja nie mogłam przypomnieć sobie twojej twarzy. A przecież znałam ją na pamięć.
Właśnie wtedy zaczęłam trzeźwieć po tych wszystkich miesiącach upojenia winem twoich oczu.

*

            Wszystkie stracone dni, podczas których nie widziałam węgielków twoich oczu mijały ospale, upodabniając się do siebie. Wymieniałam bukiety białego bzu. Raz umieszczałam je na stole w kuchni, innym razem przy łóżku. Kiedy stawiałam na rzeźbionym stoliku czwarty wazon, poczułam coś dziwnego, nowego, jak nieznany dotąd zapach. Policzyłam na palcach dni i bez sił opadłam na łóżko.


*

Zobaczyłam cię dopiero kilka dni później. Wyglądałeś jak cień swojej osoby, ale wydawałeś się przez to jeszcze piękniejszy. Lekko poszarzała skóra wyraźnie odróżniała się od czarnych, jak zachmurzone nocne niebo, loków.
Bliska szaleństwa odwróciłam od ciebie wzrok.
– Dziś rano odeszła pani Klementyna – oznajmiłeś to najsmutniejszym tonem, jaki słyszałam.
A więc jej sen dobiegł końca. Wybudziła się z naszej rzeczywistości, podczas gdy my będziemy w niej spać chyba w nieskończoność.
Myśli wirowały w mojej głowie jak płatki śniegu na mroźnym wietrze. Ale nie wyrzekłam ani słowa, tylko lekko pogłaskałam cię po ramieniu. Już po chwili gorzko tego pożałowałam – działałeś jak magnes. Chciałam powiedzieć ci o tym, co zauważyłam, o iskierce, którą we mnie wznieciłeś, ale zgasiły mnie twoje ciche słowa.
– Pogrzeb jest jutro.
Ruszyłeś do drzwi. Zebrałam resztki sił, które chyba przez jakąś pomyłkę jeszcze we mnie trwały, by za tobą nie pobiec. W milczeniu obserwowałam twoje zaciśnięte pięści i próbowałam odgadnąć, co się z nami stało.


*

Po cichym, romantycznie smutnym pogrzebie wyglądałeś na jeszcze słabszego, niż przedtem. Najbardziej nie do twarzy było ci z niestosownie uśmiechniętą Klarą u boku. Zasiedliście przy stole naprzeciwko mnie, a ja szukałam w całej tej sytuacji chociaż odrobiny prawdopodobności, jakiegoś sensu. Ale wszystko było tak nierzeczywiste…
Goście ciągle mieli łzy w oczach, mimo że zwykle na stypach chmurne czoła chociaż trochę pogodnieją. W powietrzu wisiał zapach perfum pani Klementyny, co przyprawiało mnie o mdłości.
Przyjrzałam się wam bardziej ze smutną ciekawością, niż ze złością. Bylibyście dziwną parą, a może już nią byliście? Twoje oczy, chociaż tajemnicze, zawsze rozdawały dobro. Zaś spojrzenie Klary wydawało się dzikie, zaborcze, jakby nie znała smaku przegranej. Cała przypominała nieoswojoną kotkę ubraną w lekko za dużą, elegancką sukienkę.
Nagle zwróciłeś się do mnie z wyrazem twarzy, który miał chyba przypominać uśmiech. Wyszliśmy do pokoju obok. Tutaj pachniało bzem.
– Pięknie wyglądasz, Michalinko.
Miałam ochotę wybuchnąć płaczem. Nikt nie lubi być torturowany, a ja czułam, jakby twoje słowa były kołem, na którym mnie rozciągano. Kości rozchodzących się nerwów zaczynały trzaskać, zagłuszając wszystkie myśli.
– Dziękuję. – Tylko tyle potrafiłam z siebie wydusić.
– Wiem, że nasze relacje zmieniły się w ostatnim czasie. Chyba pora o tym porozmawiać i zdecydować, co dalej. – Popatrzyłeś mi w oczy.
– Wiktorze…
– Nic nie mów. Pozwól, że wszystko wytłumaczę.
– Ale ja jestem…
– Zaczekaj, proszę. – Położyłeś mi palec na ustach. Zupełnie tak samo, jak zrobiłam to ja tamtej nieszczęsnej nocy, gdy poznałeś Klarę.
W tym samym momencie drzwi otworzyły się z hukiem i do pokoju wpadła właśnie Klara. Jej oczy iskrzyły się jeszcze bardziej niż zwykle, nie sądziłam nawet, że to możliwe. Na twarzy miała wymalowane uczucia, których nie sposób nazwać. Furia - może to byłoby najbardziej odpowiednie określenie.
– To nie miało być tak, Wiktor! – słowa padały z jej wąskich ust jak ciężkie głazy.
– Uspokój się.
– To koniec, słyszysz? Ze mną nie można tak grać. Dziś jest twój koniec.
W ciągu ułamka sekundy znalazła się między nami. Coś błysnęło w jej dłoni. W jednej chwili zatopiła nóż w twoim ciele, w ciele ojca mojego dziecka. Nie zdążyłeś nawet krzyknąć, tylko osuwałeś się z wolna na podłogę, a twoje oczy zachodziły mgłą. Wyszarpnęła ostrze i oblizała je z wyrazem dzikiego szału. Wyglądała, jakby jej świadomość odpływała w otchłań jakiejś chorej rozkoszy pomieszanej z niezmiernym cierpieniem.
Miałam w głowie wszystkie najcięższe przekleństwa, jakie znałam. Rzucałam je w chaosie moich myśli, jako że usta odmówiły posłuszeństwa. Poczułam, że duszę się jak ryba wyjęta z wody. Delikatny ruch dobiegający gdzieś spod serca przywrócił mi zmysły.
Pochyliłam się nad tobą i odgarnęłam włosy z ukochanego czoła. Dramatyczna sytuacja nie docierała do mojej w dalszym ciągu otępiałej świadomości. Całowałam twoje na wpół już martwe policzki. Kiedy wydawałeś ostatnie tchnienie, poczułam, że odlatuję z twoją duszą w jakieś zimne przestrzenie bólu. Moja obecność rozpływała się w powietrzu, jak smuga szarego dymu. Nie zdziwiłabym się, gdyby w tej chwili moje ciało zaczęło unosić się w powietrzu, albo przenikać przez ściany. Całe człowieczeństwo wydostawało się ze mnie przez szczeliny popękanego serca.
Wstałam.
– Jestem w ciąży – szepnęłam bez zastanowienia wprost w potworne oczy Klary.
– To świetnie.
– Dlaczego mnie nie zabijesz? Byłabyś już w pełni szczęśliwa.
– Wystarczy mi słodki smak szczęścia, które ci odebrałam – odparła po raz kolejny zbliżając do ust zakrwawiony nóż – naprawdę słodki.
Zdecydowanym ruchem odrzuciła na plecy swój ciężki warkocz i przyjęła zupełnie codzienny wyraz twarzy. Gdybym nie widziała, jak z zimną krwią zabija człowieka, przysięgłabym, że jeszcze przed momentem prowadziła jakąś uprzejmą rozmowę, albo piłowała paznokcie. Z obojętną miną upuściła prawie już czysty nóż.
– Widzisz, mała – westchnęła – ja już cię zabiłam. Twój sen dobiegł końca.
Czekała na odpowiedź, ale nie odrzekłam ani słowa, stałam przed nią jak skamieniała. Po chwili dodała z cierpkim uśmiechem:
– Tak jak ja, zaznasz życia pozbawionego wszelkiej nadziei.
Odwróciła się na pięcie i wyszła, a ja pochyliłam się nad rozkosznie błyszczącym ostrzem, po czym ruszyłam za nią.
W powietrzu unosił się słodki zapach bzu o śnieżnobiałych kwiatach.
I czarnych owocach.



____________________________________________________________
Tak w ogóle, to od dziś jestem dorosłaaaa! :))) Przynajmniej wg prawa... ;)
Pozdrawiam i mam nadzieję, że opowiadanie nie wyszło mi rażąco przewidywalne. :)

piątek, 29 lipca 2011

Jak smuga szarego dymu cz. I



Wieczór zaskoczył nas rześkością. Przez chwilę wpatrywaliśmy się bez ruchu w błyszczącą wstęgę horyzontu. Czułam ciepło twojej dłoni kontrastujące z otaczającym nas chłodem i wiedziałam, że ten kontrast jest  mi potrzebny, że ty powinieneś kontrastować ze wszystkim, co jest wokół.
            Ruszyliśmy gościńcem otoczonym szeregiem rozkwitających drzew. Było dość tłoczno, spotkaliśmy kilka roześmianych par również zmierzających do pani Skalskiej. Nie słuchaliśmy ich zbyt uważnie, zajęci studiowaniem swoich oczu i ust.
            Dotarliśmy do rozległego, ogrodzonego niskim płotem podwórza, które przywitało nas słodkim zapachem maciejki. Domek pani Skalskiej mrugał kosmykami światła wypływającymi z jednego małego okienka. Starsza pani wybiegła na ganek, by przywitać nas swoim serdecznym uśmiechem już na zewnątrz.
            – Wchodźcie, wchodźcie! – zapraszała – brr… Ale ziąb!
            – Dobry wieczór, pani Klementyno! – zawołaliśmy prawie jednocześnie.
            Rozpromieniła się.
            – Michalina i Wiktor, moi najpiękniejsi, wyglądacie uroczo! A jak mama, kochanie? – zwróciła się do ciebie – jak wiosenne porządki? Koniecznie jej przekaż, żeby się nie przemęczała, ma przecież was, takie kochane dzieci, na pewno jej pomagacie… Pomagacie, prawda?
            Ściskałeś jej pomarszczoną dłoń z dobrotliwym uśmiechem, przytakując w odpowiednich momentach.
            – No, ale nie będziemy przecież rozmawiać na podwórku. Chodźcie, dzieci, och, jak miło was widzieć! Aniela, moja złociutka! Prawdziwa gwiazdka z ciebie, ale gdzież twój Grzegorz? Ach! Złapał katar… Nieszczęście… Julian, myślałam, że nie przyjdziesz…
            Pani Skalska przywitała wszystkich gości i zaprosiła do stołu, przy którym siedziały już dwie wytworne jasnowłose kobiety.
            – Siostry Świątek, moje kuzynki: Ewelina i Klara – Wskazała na uśmiechnięte panie – poznajcie się.
            Dziewczęta wyglądały prawie identycznie, ich jasne twarze promieniały młodością i temperamentem. Ewelina wydawała się jednak nieco bardziej nieśmiała, jej włosy sięgające do pasa zwijały się w niesforne strąki, podczas gdy Klara, niższa, o ciemniejszych, lekko iskrzących się oczach, miała włosy proste, splecione w luźny warkocz.
            Przedstawiliśmy się im uprzejmie, choć ty spojrzałeś na Klarę uprzejmiej i nieco dłużej, niż należało. Nakryła oczy długimi rzęsami, co wywołało błogi uśmiech na twojej twarzy. Miałam nadzieję, że wszystko to było jedynie głupim złudzeniem zazdrosnej kobiety.
            – Przepyszna kaczka, pani Klementyno – trajkotała Aniela – błagam o przepis. Grzegorz będzie wniebowzięty, jak mu przyrządzę taki specjał.
            Pani Skalska patrzyła na wszystkich z nieobecnym uśmiechem na ustach. Otaczały ją kochane twarze i chociaż nie miała już nikogo bliskiego, nie czuła się samotna. Mimo to wciąż miała przed oczami swoją rodzinę, o której nie powinna już pamiętać. Ile to lat? Czterdzieści, pięćdziesiąt? A w człowieku ciągle serce rwie jakimś dzikim galopem na samo wspomnienie. Teraz te dobre dzieci są jej rodziną.
            Staromodny pokój gościnny wypełnił się uśmiechniętymi twarzami i wytwornymi sukniami lśniącymi w blasku świec ustawionych na ozdobnych świecznikach. Wszystko pokryte było cieniutką warstwą kurzu, tak jak wspomnienia pani Skalskiej.
            – To sen. Dziwny i długi, ale sen. Kiedyś w końcu się obudzę – wzdychała, jak zwykle i rozsyłała gościom pogodne spojrzenia.
            Ale my zapomnieliśmy o całym świecie. Ty spoglądałeś ukradkiem na Klarę, ja otwarcie patrzyłam na ciebie. Kiedy chwytałam twoją dłoń, uśmiechałeś się przelotnie i jakby pod przymusem.
Wstałam od stołu i wyszłam pod pretekstem przewietrzenia się. Uderzyło mnie zimne powietrze, więc owinęłam się szczelniej jasnym płaszczem i usiadłam na ławce otoczonej kwiatami. Przez chwilę nie mogłam zebrać myśli. Jeszcze przed przyjściem na przyjęcie nie miałam wątpliwości, że jestem dla ciebie najważniejsza, a teraz? Miałam ochotę wyciągnąć cię zza stołu i nakrzyczeć, jak na niegrzeczne dziecko. Nie mogłam siedzieć z założonymi rękami, kiedy jakaś Klara próbowała odebrać mi mężczyznę mojego życia.
Ciszę przerwało skrzypnięcie drzwi. Usiadłeś obok bez słowa, swoim zwyczajem po omacku odszukałeś moją chłodną dłoń i oplotłeś ją w swoją. Poczułam, że tracę grunt pod stopami. Całe zajście wydało mi się przywidzeniem, jeszcze chwila i po dawnemu przytulę się do ciebie z całych sił.
Nie zdążyłam, ponieważ w tej samej chwili otoczyłeś mnie ramieniem i przycisnąłeś do piersi. Usłyszałam miarowe bicie twojego serca.
Otworzyłeś usta, by coś powiedzieć, ale ci nie pozwoliłam. Przytknęłam palec do twoich miękkich ust. Nigdy nie zapomnę twojego zadumanego wzroku.
– Chodźmy stąd… Pożegnajmy się i chodźmy na długi spacer – poprosiłam.
Nagle, gdzieś z wnętrza domu dobiegł nas przeciągły krzyk. Zerwaliśmy się z miejsca i po sekundzie byliśmy już wewnątrz. W salonie panował chaos, niektórzy biegali w tę i z powrotem, inni skupili się w jednym miejscu i nad czymś pochylali. Przedarłeś się przez tłum, po czym wykrzyknąłeś coś niewyraźnie. Dopiero po chwili zorientowałam się w sytuacji. Pani Skalska straciła przytomność. Goście rozstąpili się i spomiędzy nich wyłoniłeś się ty. Niosłeś staruszkę na rękach, a jej siwą głowę podtrzymywała Klara.
Opiekowaliście się nią, żegnając zatroskanych gości. Nawet nie zauważyłeś, kiedy późną porą wymknęłam się z mieszkania wprost w mrok wiosennej nocy.


________________________________________________________________________
Obiecuję, że tym razem dokończę historię. :) Należy spodziewać się sporej dawki melancholii, a nawet przesadnie ckliwej historii.

czwartek, 5 sierpnia 2010

Danusia

-Danusia, wstawaj! – dziewczynka usłyszała tubalny głos cioci Wioli.

Uniosła rozczochraną głowę i rozejrzała się dookoła. Wszystko było na swoim miejscu: kufer pod ścianą, stół, ławy, pstrokaty pająk pod sufitem.

- Stało się co, ciociu?

- Czas krowy wygonić w leszczynę. Jasio pasł ostatniej niedzieli. Dziś twoja kolej – odparła.

Danusia natychmiast wyskoczyła z łóżka i naciągnęła ubranie na chudziutkie ciało. Bystre zielone oczy wyglądały spod czarnych kędziorków. Dziesięciolatka do złudzenia przypominała swoją matkę. Takie same wąskie usta, takie same chude policzki. Nos miała nie zbyt długi, lecz dość szeroki u dołu i zakończony niewielką kulką, jak wszyscy z rodziny mamy.

Na stole czekała szklanka spienionego mleka i pajdka chleba posmarowana dżemem z truskawek. Jeszcze w zeszłym tygodniu Danusia dostała dwie kromki, ale we wsi nastała bieda. Ziemniaki, zboże, buraki… Ludzie musieli wszystko oddawać Niemcom. Zbiórka była na placu w sąsiedniej wsi.

Zanim zjadła śniadanie, pomodliła się i ochlapała twarz lodowatą wodą, którą naszykowała jej ciocia. Dobra z niej kobieta, szkoda, że wdowa. Wycierpiała się, biedaczka, jak jej męża, Józka, zabrali Niemcy i rozstrzelali.

Przez otwarte drzwi widać było ojca przemykającego po podwórku. Danusia złapała chleb w dłonie i pobiegła do niego. Po chwili pędziła już trzy łaciate w stronę błyszczącego od rosy pastwiska.

Na niebie nie było ani jednej chmurki. Promienie słoneczne oświetlały złociste kłosy zboża, które bujały się na lekkim wietrze. W oddali majaczyła się rozległa dolina, gdzieniegdzie usiana drobniutkimi kwiatkami. Tam, gdzie podchodziła woda, dumnie żółciły się kaczeńce.

Minęła dolinkę i zbliżyła się do leszczyny. Przysiadła pod drzewem. Obserwowała, jak leniwe krasule, chciwie wywijają językami. Przymknęła oczy. Przyjemne ciepło zaczynało lać się z nieba, ponieważ słońce szybko sunęło ku zenitowi. Wydało jej się, że jest nad błękitnym jeziorem i łowi z ojcem ogromne ryby. Będzie wielka kolacja, a resztę mamusia schowa na później.

Ocknęła się i rozejrzała dookoła. Polanka była zupełnie pusta. Spojrzała w bok i podskoczyła, jak oparzona. Krowy zadowolone buszowały w zbożu. Chwyciła kijek i pospiesznie nagoniła je na pastwisko. Miała nadzieję, że nikt tego nie zauważył. Tatuś nie byłby zadowolony…

Spojrzała na niebo. Słońce było już dość wysoko, wyglądało na wpół do jedenastej. Lenistwo wzięło górę nad rozsądkiem.

- Bzz… Bzz… - wydała dźwięk podobny do tego, który wydają gzy. Zachichotała - krowy podwinęły ogony.

- Bzz… Bzzz… - spróbowała jeszcze raz.

Podziałało, krasule zaczęły gzić się na dobre. Z ogonami w górze ruszyły pędem w stronę gospodarstwa. Danusia biegła za nimi udając zdenerwowaną.

Po obiedzie z krowami poszedł Jasiek. Dziewczynka usłyszała, że tato ma jechać sąsiedniej wsi po przeznaczone dla Niemców ziemniaki, które trochę już podgniły. Podobno ludzie wybierali co lepsze. Uparła się, że pojedzie z nim.

Wsiedli na wóz i ruszyli szerokim gościńcem. Po obu stronach drogi wznosiły się wysokie jesiony, tworząc jaskrawozieloną liściastą kopułę. W miarę jak zbliżali się do wsi, drzewa stały w coraz większych odległościach od siebie. W końcu wjechali między pierwsze domy. Po kilku minutach ojciec zostawił konia przed placem, na którym wznosił się wysoki kopiec. Kilka osób rozgrzebywało podgniłe ziemniaki. Parę metrów dalej na łagodnym wzniesieniu górował biały kościół parafialny. Mama opowiadała, że kiedyś była to cerkiew prawosławna. Niedaleko wysokiej świątyni mieściła się dzwonnica, która zupełnie do niej nie pasowała. Dach miała niski, a mury sprawiały wrażenie ciężkich. Została dobudowana dopiero niedawno.

Nagle rozległ się głuchy warkot. Wszyscy zamarli.

- To Niemcy! Teraz to nas rozstrzelają… - wyszeptał tato i cały pobladł.

Na placu zapanował trwożny chaos. Ludzie czym prędzej rozpierzchli się we wszystkie strony. Danusia pobiegła pod górę w stronę kościoła. Przewróciła się i przez chwilę leżała przyciśnięta twarzą do ziemi, czekając na strzał w plecy. Serce waliło jej, jak oszalałe. „To już koniec”, pomyślała i poczuła ciepłą łzę płynącą po policzku. Kropelka wylądowała w ciepłym piasku. Po chwili dziewczynka podniosła głowę i spojrzała za siebie.

Koło kopca została tylko starsza kulawa kobieta, która nie zdążyła uciec. Podszedł do niej wysoki żołnierz odziany w mundur i przyjrzał się uważnie ziemniakom.

- Gut, gut. – Pomachał ręką. – Bierzcie je sobie. Wszystkie zgniły.

Ale nikt już nie chciał zbierać ziemniaków. Nikt tego dnia nie myślał już o jedzeniu.


_________


Tę historię usłyszałam dzisiaj od babci. Danusią była właśnie ona.