wtorek, 10 stycznia 2012

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Rozbieżni

Wczoraj
Czuć, jak w powietrzu
rozmazuje się twój oddech,
jak słodkawe, błękitne dłonie
pulsująco-szepczące uśmiechają się
do mojego biodra.

niebo-niebieskie-nieboskie


Dziś
Dlaczego właśnie wczorajszy świt
zachował nas przy życiu?
Może nie powinnam pytać o twój zapach.
Może nas tu wcale nie ma.
Jeśli czujesz się prawdziwym,
powiedz mi, jak to jest
smarować sobą moje myśli?

Nieosiągalność jaźni to wieczność,
która nas dzieli w połysku
dzisiejszego zachodu księżyca.
Władasz ciałem,
ale te twoje niedojrzałe oczy…
A ja swoich nie potrafię zamknąć.


Dziś wieczorem
Płaczę, że już nic nie czuję.
Żegnam ciebie-kształt
Zamiast walczyć lub potrzebować
całująco-niestabilnych dłoni.
Jesteś zmieszany błąkającym się
po mojej twarzy uśmiechem?


Jutro
Ocalę się ciszą.





Przynajmniej znów mogę pisać... :)

czwartek, 3 listopada 2011

Wiosenna jesień :))

(Nie)stety mój stan, który nazywam głupawką, nie pozwala mi nic stworzyć, dlatego dziś tylko piosenka.
Żyję, ale chyba w innym wymiarze. :)


"Wszyscy się śmieją z tego, że ja nie mogę jeść, nie mogę spać." :)))

Pozdrawiam! :D

środa, 28 września 2011

Pewnego wieczoru na stancji...

...Carmen czuje potrzebę uzewnętrznienia się na blogu. Siada sobie więc wygodnie przy lampce (noga na nogę, bo choć Carmen wie, że to sprzyja powstawaniu żylaków, to mimo wszelkich starań nie może oduczyć się tego niezdrowego nawyku) i rozpoczyna pisanie posta. Stara się nie pokazywać swojej rezygnacji i zmęczenia, ale pokusa jest zbyt silna. Raz się można poużalać...

Carmen chętnie powie, co robi... (To jest ta chwila, by przenieść się na innego bloga, bo dalej ten post jest jeszcze bardziej nieciekawy, żeby nie było, że ktoś nie wiedział)

Po pierwsze: Carmen przygląda się temu pięknemu zapisowi :

z trudną do określenia miną i zastanawia się na ile realnie brzmi stwierdzenie "Zdam maturę z matematyki."

Oprócz tego czyta sobie książkę pt. "Granica" i choć lubi czytać, to nie lubi, gdy noc trwa 290 stron.

Na chwilę odwraca wzrok. A tam? Na analizę i interpretację czekają "Miasto" i "Ulica" Peipera. Z obrażonymi minami, nadąsane, że Carmen spogląda już w inną stronę, przypominają, że dłużej niż do godz. 8.50 dnia następnego czekać nie będą.

Carmen zgrzyta zębami. Lubi sobie czasami pozgrzytać. No co? Nie mówcie, że Wy nie lubicie...

Kilka tematów z historii z dostojnymi minami w milczeniu czeka na swój czas. Jeden z nich (ten z politycznych, więc wiadomo, dlaczego brak mu cierpliwości) wyrywa się i nieśmiało pyta: "Kiedy mnie w końcu powtórzysz? Kartkówka jest jutro." Carmen zbywa go milczeniem.

Atmosfera upojnego wieczoru okraszona jest nutką orzeźwiającego leku na przeziębienie firmy o nazwie na literkę F. (coby nie robić reklamy).
Jaka cudna i długa będzie dzisiejsza noc...

Miłego wieczoru! :)

czwartek, 15 września 2011

Histeria naszej nieznajomości

Odkąd pewnego wieczoru
złączyliśmy historie w jedno,
wciąż zataczamy trójkąty.
To zastanawiające
że bezwiednie
odbijamy się od trzech boków
i ciągle chorujemy na niepamięć.

Nie pachniesz i od zawsze
czaisz się w zakamarkach,
kiedy nietzschego się nie spodziewam.

Jak ja, wyglądasz na wspak.
Jak ty, czuję się niewidoczna.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Jak smuga szarego dymu cz. II


Człowiekowi miłość przychodzi łatwo, kiedy kochana osoba jest blisko, gdy przy uchu czuć jej ciepły oddech, a w nim tysiące niewypowiedzianych słów, których nie trzeba wypowiadać. Takie słowa unoszą się w powietrzu, którym dzielą się zakochani. Takie słowa są zapisane na niewidzialnych kartkach i spoczywają gdzieś przy sercu nie do końca wyrażone, nie całkiem poskładane, ale ciepłe i rubinowe, jak kieliszek grzanego wina z goździkami.
Moje serce wychłodziło się razem z deszczowym spacerem, na który mnie skazałeś. Byłeś daleko i czułam jak wino twoich ust wyparowuje z tego nieuchwytnego miejsca zawieszonego gdzieś w mojej piersi. Wracałam powoli tym samym gościńcem, który jeszcze dzisiaj był świadkiem naszych niemych przyrzeczeń. Dopiero teraz dostrzegłam jego smutek, a może wszystko wydawało mi się smutne i nawet jeśli świat tryskałby radością, ja widziałabym w nim melancholię, taką samą, jaka mnie wypełniała. Coraz trudniejsze wydawało się myślenie o tobie w sposób, w jaki robiłam to do tej pory. Czystość i przejrzystość twojej osoby ustępowała miejsca jakiejś mgle, która gęstniała z każda chwilą, aż w końcu zupełnie zniknąłeś, a ja nie mogłam przypomnieć sobie twojej twarzy. A przecież znałam ją na pamięć.
Właśnie wtedy zaczęłam trzeźwieć po tych wszystkich miesiącach upojenia winem twoich oczu.

*

            Wszystkie stracone dni, podczas których nie widziałam węgielków twoich oczu mijały ospale, upodabniając się do siebie. Wymieniałam bukiety białego bzu. Raz umieszczałam je na stole w kuchni, innym razem przy łóżku. Kiedy stawiałam na rzeźbionym stoliku czwarty wazon, poczułam coś dziwnego, nowego, jak nieznany dotąd zapach. Policzyłam na palcach dni i bez sił opadłam na łóżko.


*

Zobaczyłam cię dopiero kilka dni później. Wyglądałeś jak cień swojej osoby, ale wydawałeś się przez to jeszcze piękniejszy. Lekko poszarzała skóra wyraźnie odróżniała się od czarnych, jak zachmurzone nocne niebo, loków.
Bliska szaleństwa odwróciłam od ciebie wzrok.
– Dziś rano odeszła pani Klementyna – oznajmiłeś to najsmutniejszym tonem, jaki słyszałam.
A więc jej sen dobiegł końca. Wybudziła się z naszej rzeczywistości, podczas gdy my będziemy w niej spać chyba w nieskończoność.
Myśli wirowały w mojej głowie jak płatki śniegu na mroźnym wietrze. Ale nie wyrzekłam ani słowa, tylko lekko pogłaskałam cię po ramieniu. Już po chwili gorzko tego pożałowałam – działałeś jak magnes. Chciałam powiedzieć ci o tym, co zauważyłam, o iskierce, którą we mnie wznieciłeś, ale zgasiły mnie twoje ciche słowa.
– Pogrzeb jest jutro.
Ruszyłeś do drzwi. Zebrałam resztki sił, które chyba przez jakąś pomyłkę jeszcze we mnie trwały, by za tobą nie pobiec. W milczeniu obserwowałam twoje zaciśnięte pięści i próbowałam odgadnąć, co się z nami stało.


*

Po cichym, romantycznie smutnym pogrzebie wyglądałeś na jeszcze słabszego, niż przedtem. Najbardziej nie do twarzy było ci z niestosownie uśmiechniętą Klarą u boku. Zasiedliście przy stole naprzeciwko mnie, a ja szukałam w całej tej sytuacji chociaż odrobiny prawdopodobności, jakiegoś sensu. Ale wszystko było tak nierzeczywiste…
Goście ciągle mieli łzy w oczach, mimo że zwykle na stypach chmurne czoła chociaż trochę pogodnieją. W powietrzu wisiał zapach perfum pani Klementyny, co przyprawiało mnie o mdłości.
Przyjrzałam się wam bardziej ze smutną ciekawością, niż ze złością. Bylibyście dziwną parą, a może już nią byliście? Twoje oczy, chociaż tajemnicze, zawsze rozdawały dobro. Zaś spojrzenie Klary wydawało się dzikie, zaborcze, jakby nie znała smaku przegranej. Cała przypominała nieoswojoną kotkę ubraną w lekko za dużą, elegancką sukienkę.
Nagle zwróciłeś się do mnie z wyrazem twarzy, który miał chyba przypominać uśmiech. Wyszliśmy do pokoju obok. Tutaj pachniało bzem.
– Pięknie wyglądasz, Michalinko.
Miałam ochotę wybuchnąć płaczem. Nikt nie lubi być torturowany, a ja czułam, jakby twoje słowa były kołem, na którym mnie rozciągano. Kości rozchodzących się nerwów zaczynały trzaskać, zagłuszając wszystkie myśli.
– Dziękuję. – Tylko tyle potrafiłam z siebie wydusić.
– Wiem, że nasze relacje zmieniły się w ostatnim czasie. Chyba pora o tym porozmawiać i zdecydować, co dalej. – Popatrzyłeś mi w oczy.
– Wiktorze…
– Nic nie mów. Pozwól, że wszystko wytłumaczę.
– Ale ja jestem…
– Zaczekaj, proszę. – Położyłeś mi palec na ustach. Zupełnie tak samo, jak zrobiłam to ja tamtej nieszczęsnej nocy, gdy poznałeś Klarę.
W tym samym momencie drzwi otworzyły się z hukiem i do pokoju wpadła właśnie Klara. Jej oczy iskrzyły się jeszcze bardziej niż zwykle, nie sądziłam nawet, że to możliwe. Na twarzy miała wymalowane uczucia, których nie sposób nazwać. Furia - może to byłoby najbardziej odpowiednie określenie.
– To nie miało być tak, Wiktor! – słowa padały z jej wąskich ust jak ciężkie głazy.
– Uspokój się.
– To koniec, słyszysz? Ze mną nie można tak grać. Dziś jest twój koniec.
W ciągu ułamka sekundy znalazła się między nami. Coś błysnęło w jej dłoni. W jednej chwili zatopiła nóż w twoim ciele, w ciele ojca mojego dziecka. Nie zdążyłeś nawet krzyknąć, tylko osuwałeś się z wolna na podłogę, a twoje oczy zachodziły mgłą. Wyszarpnęła ostrze i oblizała je z wyrazem dzikiego szału. Wyglądała, jakby jej świadomość odpływała w otchłań jakiejś chorej rozkoszy pomieszanej z niezmiernym cierpieniem.
Miałam w głowie wszystkie najcięższe przekleństwa, jakie znałam. Rzucałam je w chaosie moich myśli, jako że usta odmówiły posłuszeństwa. Poczułam, że duszę się jak ryba wyjęta z wody. Delikatny ruch dobiegający gdzieś spod serca przywrócił mi zmysły.
Pochyliłam się nad tobą i odgarnęłam włosy z ukochanego czoła. Dramatyczna sytuacja nie docierała do mojej w dalszym ciągu otępiałej świadomości. Całowałam twoje na wpół już martwe policzki. Kiedy wydawałeś ostatnie tchnienie, poczułam, że odlatuję z twoją duszą w jakieś zimne przestrzenie bólu. Moja obecność rozpływała się w powietrzu, jak smuga szarego dymu. Nie zdziwiłabym się, gdyby w tej chwili moje ciało zaczęło unosić się w powietrzu, albo przenikać przez ściany. Całe człowieczeństwo wydostawało się ze mnie przez szczeliny popękanego serca.
Wstałam.
– Jestem w ciąży – szepnęłam bez zastanowienia wprost w potworne oczy Klary.
– To świetnie.
– Dlaczego mnie nie zabijesz? Byłabyś już w pełni szczęśliwa.
– Wystarczy mi słodki smak szczęścia, które ci odebrałam – odparła po raz kolejny zbliżając do ust zakrwawiony nóż – naprawdę słodki.
Zdecydowanym ruchem odrzuciła na plecy swój ciężki warkocz i przyjęła zupełnie codzienny wyraz twarzy. Gdybym nie widziała, jak z zimną krwią zabija człowieka, przysięgłabym, że jeszcze przed momentem prowadziła jakąś uprzejmą rozmowę, albo piłowała paznokcie. Z obojętną miną upuściła prawie już czysty nóż.
– Widzisz, mała – westchnęła – ja już cię zabiłam. Twój sen dobiegł końca.
Czekała na odpowiedź, ale nie odrzekłam ani słowa, stałam przed nią jak skamieniała. Po chwili dodała z cierpkim uśmiechem:
– Tak jak ja, zaznasz życia pozbawionego wszelkiej nadziei.
Odwróciła się na pięcie i wyszła, a ja pochyliłam się nad rozkosznie błyszczącym ostrzem, po czym ruszyłam za nią.
W powietrzu unosił się słodki zapach bzu o śnieżnobiałych kwiatach.
I czarnych owocach.



____________________________________________________________
Tak w ogóle, to od dziś jestem dorosłaaaa! :))) Przynajmniej wg prawa... ;)
Pozdrawiam i mam nadzieję, że opowiadanie nie wyszło mi rażąco przewidywalne. :)

czwartek, 4 sierpnia 2011

Dużo słońca!

Dziś słońce uśmiechało się naprawdę często i świetna pogoda poprawiła wszystkim wokół mnie i łącznie ze mną humory. :) Ale do mnie kilka dni temu uśmiechnęło się jeszcze jedno słoneczko i otrzymałam takie wspaniałe wyróżnienie od Mantis http://synesthesis.blog.onet.pl/, której serdecznie dziękuję i cieplutko pozdrawiam :* :))
 
To dla mnie naprawdę miła niespodzianka :)

Teraz siedem zdań o sobie :)
1. Kocham jeść wszystko, co czekoladowe :))
2. Lubię się śmiać.
3. Ale czasami potrzebuję samotności, przez co zdarza mi się znikać na jakiś czas, za co niektórzy najchętniej by mnie wychłostali ;)
4. Łapię się każdego możliwego zajęcia, ale często nie kończę tego co zaczynam.
5. Wszystko przewracam i potrącam, po prostu gapa ze mnie. :)
6. Lubię nosić warkocz :)
7. Kicham, kiedy słońce świeci mi twarz i wiem, że to dziwne. :)))

Czas na wyróżnienie innych blogów, ale wyróżnień rozmnożyło się już naprawdę dużo. :) Więc wyróżniam wszystkie blogi, które możecie odnaleźć po lewej stronie mojego bloga. :)

Oprócz wyróżnienia muszę pochwalić się nową parą kolczyków, zrobiłam jeszcze kilka, ale nie zdążyłam pstryknąć fotek, więc będą następnym razem. :)

Takie małe i prościutkie, zupełnie jak cała moja radosna twórczość. :)

Przy okazji spotkałam tak samo malutkiego zielonego pana Motylka, który posiedział ze mną chwilkę, a później...

... zamienił się w światełko i odleciał jak ulotna chwilka. A może zniknął.

Jednym słowem, dzień był wspaniały, dużo się działo i dużo się odpoczywało... :)
Pozdrawiam wszystkich! :)